AKTUALNOŚCI O MNIE KSIĘGA GOŚCI PLIKI GALERIA SPRZEDAŻ KONTAKT LINKI
MAPY
COUNTER-STRIKE: SOURCE
cs_arcticstorm
cs_cityride
de_arcticstorm
de_deepspace
de_spaceship_fy
COUNTER-STRIKE
cs_snowhidingplace
HALF-LIFE
dm_parking
floracomplex
understation

Copyright © 2003-2016
Webdesign: (-[PREDATOR]-)

KOMIKSY
WSPARCIE
MOJE PROFILE
Portfolio
Facebook
Nasza-Klasa.pl
Allegro
Steam Community

BŁYSK
POWRÓT DO MENU


Przebudziłem się. Patrzyłem w sufit, na który ledwo padało bladożółte światło żarówki. Był tam też cień, który układał się w liczne linie. Leżałem na twardej, mokrej, zimnej powierzchni. Wstałem, jednak nie odbyło się to bez bólu. Wyczułem, że jestem poobijany w różnych miejscach. Teraz mogłem już sprecyzować swoją lokalizację. Znajdowałem się wewnątrz jakiegoś więzienia. Trudno powiedzieć, czy było ono stare, ale z pewnością zaniedbane i zdemolowane. Z trzech stron otaczała mnie brudna, wilgotna i śmierdząca szczochami ściana, na której nadal można było wyróżnić odpadający gdzieniegdzie tynk pomalowany żółtą farbą. W pomieszczeniu była też prycza przymocowana do ściany. Na podłodze leżał stłuczony, kremowy ze starości zlew. Na szczęście w jego zastępstwie stała też muszla klozetowa. No, może nie była ona w stanie świetności, jednak lepsze to, niż robienie na podłogę, która niedawno posłużyła jako łóżko. Zamiast czwartej ściany, były solidne, metalowe kraty, po środku których znajdowały się drzwi. Za nimi był jakiś korytarz, gdzie znajdowało się też oświetlenie, czy raczej świecąca żarówka w żółtym z brudu kloszu. Widok przez kraty mojego "mieszkanka" prowadził na drugą przeciwległą celę. Była w podobnym stanie, jednak zamiast zlewu, na ziemi leżała przewrócona na bok muszla. Przez słabe oświetlenie, dopiero teraz zauważyłem, że na podłodze leży także jakaś postać. Nie wyglądała na żywą. Zacząłem się zastanawiać, ile już spędziłem tu czasu. Chciałem chociaż zobaczyć, jaka jest pora dnia. Co prawda, w pomieszczeniu znajdowało się malutkie okienko, jednak było zabite z zewnątrz jakąś deską. Ciekawe, co zrobili tym ludziom z obozu? Może też gdzieś tu są???


Moje przemyślenia przerwał dźwięk skrzypiących drzwi. Było słychać odgłosy kroków, które z każdą chwilą robiły się coraz to głośniejsze. To były co najmniej dwie osoby. Chciałem podejść do drzwi i zerknąć, kim oni są, ale stwierdziłem, że nie ma sensu ryzykować i zwracać na siebie uwagę. W końcu jeden z nich podszedł pod moją celę i zaświecił mi latarką po oczach. Chwile tak postał i poszedł dalej w prawo wzdłuż korytarza. Druga osoba zrobiła identycznie, jednak sprawdzała pomieszczenie naprzeciwko. Po ujrzeniu trupa, krzyknął tylko: "Ej, Siwy, tu trzeba będzie posprzątać!", poczym drugi odpowiedział: "Odwal się! Dzisiaj twoja kolej." Teraz mogłem się trochę przyjrzeć tej osobie. Facet był ubrany w ciemne spodnie i bluzę, na której było oporządzenie. W dodatku, na udzie miał chyba kaburę z bronią krótką, lub czymś, co ją przypominało. W każdym razie zdałem sobie sprawę, że ci faceci nie należą do grona tych, z którymi można negocjować. Wzdłuż całego korytarza było chyba z osiem cel, takich jak moja. Gdy doszli do końca, usłyszałem: "Dobra, to którego brudasa dzisiaj bierzemy?". Odpowiedź była szybka i precyzyjna: "Dawaj tego najbliższego. Wygląda na takiego, który nie będzie robił problemów..." Nagle ktoś z lewej strony krzyknął: "Hej, mięczaki! Chcecie kogoś wziąć!? Spróbujcie mnie najpierw pokonać! Jeden na jeden - na gołe pięści... Chyba się nie boicie???" Po krótkiej chwili milczenia, obydwu strażników podeszło do delikwenta. Musiałem to zobaczyć, więc podszedłem do drzwi i wychyliłem głowę przez kraty. Podeszli do celi, z której padły zaczepne słowa i jeden z nich zapytał się:


- Ty to powiedziałeś?

- Tak cieniasie!

- To zapraszam!


Strażnik otworzył drzwi i odsunął się, świecąc latarką na więźnia. Drugi dryblas ucisnął pięści i złożył ręce w pozycji, znanej każdemu dziecku z filmów akcji. Więzień zrobił to samo i zaczął wychodzić powoli z celi w stronę swojego przeciwnika:


- Jeśli z tobą wygram, wypuścisz mnie i zapomnisz o całej tej sprawie, o.k.?

- Dobrze. Ale musisz najpierw wygrać... Słyszałeś może o wolnej amerykance?

- Tak jakby...

- To patrz i ucz się...


Strażnik wyjął pistolet z kabury i strzelił w jego stronę... Promień latarki oświetlił rozbryzgujące się wnętrzności czaszki, po czym więzień bezwładnie - z dużą siłą - padł na podłogę. Strażnicy zaczęli się śmiać. Drugi powiedział, że to było nawet oryginalne. I w dobrym humorze opuścili korytarz. Ta sytuacja kompletnie mną wstrząsnęła. Ci mężczyźni byli zupełnie bezwzględni. Nie miałem zamiaru znaleźć się na drodze któregoś z nich... Przynajmniej nie teraz. A zgrywanie bohatera trwałoby nawet mniej, niż przerwa na reklamy w telewizji... Trzeba najpierw zadbać o siebie. Przemyślenia na ten temat zmusiły mnie do snu. Zanim oprzytomniałem, najwidoczniej musiałem się zmęczyć ciosami od tych psychopatów, dlatego długo nie wytrzymałem, aż wreszcie zasnąłem.


W nocy śniły mi się jakieś koszmary. Na szczęście, nie byłem w stanie ich zapamiętać. Może po prostu zachorowałem... Albo nawet sam sobie wmówiłem, że nic mi się nie przyśniło. No cóż. Przede mną kolejny ciężki dzień. Tylko, że nie mogę nawet powiedzieć, czy aby na pewno jest teraz dzień. Znów nie byłem w stanie określić, kiedy ostatnio coś jadłem, czy nawet piłem. W akcie desperacji, podszedłem do zlewu i odkręciłem kurek. Niestety, zamiast wody posypał się jakiś brud. A może to i dobrze??? Jakby była jakaś ciecz, to nie sądzę, aby była możliwa do wypicia... Trochę to źle określiłem, bo - jak to mówią - wszystkie grzyby są jadalne. Niektóre tylko raz...


Nagle po pomieszczeniach przeleciał pisk. Źródłem okazał się głośnik. Ktoś przez niego powiedział coś w stylu: "Słuchajcie brudasy! Od dzisiaj nie jesteście już ludźmi. Jesteście najniżsi w hierarchii, o wiele niżej od naszych psów! Jesteście naszą własnością! Ci, którzy się nie przystosują, posłużą jako posiłek dla reszty! Jeżeli spróbujecie uciec, to będzie to wasz ostatni błąd w życiu. Nie ma sensu nawet próbować, bo w okolicy są same pustkowia i jedyną pomocą, jaką możecie spotkać jest nasz patrol, który z chęcią pomoże wam kończąc wasze cierpienia na zawsze! Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno! A teraz wstawać! Czas żreć!"


Cholera. Jeżeli to ma tak wyglądać, to chyba najlepszym rozwiązaniem jest próba ucieczki... Hah. Dobrze to ująłem. Bo wątpię w jej sukces, ale przynajmniej nie posłużę za jedzenie dla innych. Po tej przesiąkniętej egoizmem myśli, drzwi automatycznie się otworzyły. Nie byłem pewien, czy powinienem wyjść z celi, ale przekonał mnie widok innych, którzy już tak uczynili. W sumie było nas tam pięciu. Co dziwne, żadnego z nich do tej pory nie słyszałem. Widocznie przyjęli taką samą taktykę co ja. Po lewej stronie korytarz skręcał w prawo i w tym miejscu zaczynały się schody na górę. Właśnie wyszło stamtąd czterech mężczyzn. Wyglądali tak, jak strażnicy, których widziałem wczoraj. Problem w tym, że jeden z nich miał chyba Skorpiona, czyli krótki karabin szturmowy, bazowany na konstrukcji kałasznikowa. Nie wyglądało to najlepiej. Nie miałem zamiaru dostać serią po plecach.


"Włazić do góry!" - krzyknął jeden ze strażników. Grupa pięciu ludzi zaczęła iść w stronę schodów. Po wejściu na górę, znajdowaliśmy się w dużym pomieszczeniu. Wyglądało na stary magazyn. Wszędzie leżały jakieś śmieci, a okna były zabrudzone, jednak mimo tego, przedostawało się trochę światła z zewnątrz. Na środku pomieszczenia stał wielki metalowy stół. Na nim leżała sterta jakiegoś mięsa, a obok stało metalowe wiadro. Jeden z grupy szybko pobiegł i wziął kawałek jedzenia, następnie zaczął je szybko konsumować. Reszta osób zrobiła to samo. Korzystając z zamieszania rozejrzałem się po pomieszczeniu. Oprócz schodów w dół, były jeszcze dwie pary drzwi i najprawdopodobniej prowadziły one na zewnątrz. Podszedłem do stołu póki było jeszcze jedzenie. Wziąłem duży kawałek mięsa i rozerwałem na pół. Po chwili skończyło się już to paskudztwo. Na wszelki wypadek, zjadłem jedną połówkę. Jeden z grupy był dosyć gruby, co nasunęło mi pewien pomysł. Podszedłem do niego i zapytałem się:


Ja: - Mam wrażenie, że chciałbyś więcej. Wyglądasz na wygłodzonego...

Grubas: - Jak nie jesz, to dawaj! - facet machnął swoją grubą łapą chcąc wyrwać moje jedzenie, jednakże nie miał najlepszej kondycji i zdążyłem wycofać swoją rękę.

Ja: - Mam dla ciebie małą ofertę. Widzisz, ja nie potrzebuję tyle jeść i jestem gotów oddać tobie tę część. Ale nic za darmo. Mam dobre poczucie humoru i ... Chcę zobaczyć, jak kopniesz w zad tego kolesia - powiedziałem wskazując na jakąś ofiarę.

Grubas: - Chyba cię pogrzało?!

Ja: - Może... Mam wrażenie, że jednak nie jesteś głodny. No cóż...

Grubas: - Czekaj! Niech będzie.


Dałem mu kawał mięsa, a ten bardzo szybko to zżarł, po czym spojrzał się jeszcze raz na mnie. Kiwnąłem mu tylko głową. W tym momencie grubas zrobił głupią minę, ale po chwili odwrócił się w stronę drugiej osoby i po szybkim przymierzeniu kopnął kolesia prosto w zad. Facet dopiero co dorwał się do swojego jedzenia, a kop mocno go wystraszył i mięso wylądowało na - delikatnie mówiąc - brudnej podłodze. Jakby tego było mało, inna osoba nadepnęła mu na jedzenie. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Ofiara wpadła w szał i rzuciła się na grubasa. O dziwo udało się jej przewrócić go na ziemię. Zaczęła się bijatyka. I po dłużej chwili skapnąłem się, że mój piękny plan nie wypali. Obejrzałem się do tyłu. Strażnicy stali jak kołki i tylko się patrzyli na przebieg bójki z lekkim uśmiechem na ustach. Myślałem, że chociaż podejdą tutaj... No tak. W końcu to nie są byle idioci... Było ich trzech. Gdzie czwarty polazł!? Długo nie czekałem na odpowiedź, bo po schodach jeden ze strażników ciągnął zwłoki. Najwidoczniej był to ten "bohater", któremu zachciało się przeciwstawić. W tej chwili facet ze Skorpionem krzyknął do mnie:


Strażnik: - Na co się gapisz?!

Ja: - Ja tylko patrzę, że nie ma sensu zgrywać bohatera... - odpowiedziałem spontanicznie, co w ogóle głupio zabrzmiało.

Strażnik: - Myślisz, że jesteś taki mądry?

Ja: - Ja??? Skądże...

Strażnik: - Chodź no tutaj...


Koleś zaczął iść w moim kierunku. Na początku chciałem się cofnąć, ale pomyślałem, że to nie zadziałałoby tak, jak trzeba. Tak więc też ruszyłem w jego kierunku pewnym krokiem. Zdziwiło go to, ale dalej się zbliżał. Kiedy tylko znalazł się obok mnie chwycił mnie za szyję, nadal trzymając w drugiej ręce karabin.


Strażnik: - I co mały skurwielu? Nadal chcesz być cwaniaczkiem?

Ja: - Odwal się...

Strażnik: - Co powiedziałeś???!!! - facet pchnął mnie na ziemię, po czym przeładował broń i przystawił mi ją do głowy.

Drugi strażnik: - Daj mu spokój... Chyba nie będziesz marnował na niego amunicji?! Przecież wiesz, że ostatnio mamy z nią problem?

Strażnik: - Masz szczęście gówniarzu... - odparł po dłuższej chwili zastanowienia - Z resztą głupi zawsze je mają...


Chciałem coś odpowiedzieć, ale pewnie narobiłbym sobie jeszcze większych kłopotów. "Dobra, koniec tej stołówki! Teraz do roboty!" - krzyknął strażnik, który uspokoił tego narwańca. Otworzył jedne z drzwi, jednocześnie mówiąc: "Dobra szczury! Teraz możecie wyjść na świeże powietrze..." Dopiero teraz zerknąłem na to, co robiła reszta osób. Najwidoczniej dawno przestali się już bić i zwrócili swoją uwagę na poczynania strażników. Ponieważ "przedstawienie" się skończyło, zaczęli wychodzić wskazanymi drzwiami. Wstałem i dogoniłem ich. Na zewnątrz było bardzo jasno. Słońce aż oślepiało swoim niemiłosiernym blaskiem. Dodatkowo uderzyła fala gorącego powietrza. Niedawno co wyszedłem, a już miałem dość tego żaru. Dookoła nie było żadnego skrawka zieleni. Teren był ogrodzony siatką z drutem kolczastym. Znajdowało się tutaj pięć budynków. Wszystkie były z betonu i miały chyba za sobą kilkadziesiąt lat. Te obiekty znajdowały się chyba na pustyni. Świetnie... Jeżeli zamierzam stąd uciec, to czeka mnie bardzo długa wędrówka.


"Za chwilę przyjedzie ciężarówka z zaopatrzeniem. Waszym zadaniem będzie przenoszenie skrzyń. Oczywiście, są one dosyć ciężkie, więc w pojedynkę raczej tego nie udźwigniecie. Dlatego, chociaż jesteście bandą niezgranych idiotów, macie ze sobą współpracować! Jeśli któryś z was mnie zawiedzie, pożegna się z posiłkami do odwołania." - powiedział strażnik, który uprzednio mnie uratował. Miał około trzydziestki, a jego bardzo krótkie włosy przypominały mi wojskowego. Coś było z nim nie tak, bo nie pasował do reszty osób, które były prawdopodobnie bandytami. Inni strażnicy zwracali się do niego "kapralu" i raczej wyglądało to na ksywkę, a nie stopień. Rozmyślenia przerwał dźwięk warkotu gdzieś w oddali. Zza niewielkiego wzgórza było widać unoszący się pył. Po chwili ukazała się sylwetka nadjeżdżającej ciężarówki. Wydawało się, że jest blisko, ale zanim dojechała do bramy minęło sporo czasu. W między czasie zobaczyłem ile tu w ogóle jest osób. Naszej pięcioosobowej grupy pilnowało bezpośrednio trzech uzbrojonych ludzi. Przy bramie stało dwóch, i jeden na wieżyczce z jakąś długą bronią z lunetą. Dodatkowo przy dwupiętrowym budynku stał jeszcze jeden strażnik. I to wszyscy, którzy byli aktualnie widoczni. Szczerze mówiąc, niedużo. Ale pewnie jeden strzał i powyłażą jak karaluchy...


Stara, zardzewiała ciężarówka podjechała pod bramę. Wysiadł z niej mężczyzna z kałachem na plecach. Był ubrany w coś w stylu habitu, szaro-brązowe płótno i zakapturzona głowa. W dodatku nie można było rozpoznać twarzy, bo przesłonięta była jakąś chustą, czy też szalikiem. Podszedł pod bramę i powiedział coś strażnikowi, następnie ten otworzył wrota i ciężarówka wjechała na plac. Po zatrzymaniu się wszyscy czterej "Mnisi" wysiedli z pojazdu. Do jednego z nich podszedł "Kapral" I coś mu wręczył, chyba jakieś papiery. "Mnich" je przekartkował i wrzucił do kabiny pojazdu. "Kapral" podszedł do nas. "No dobra. Teraz wasza kolej. Musicie przenieść tamte skrzynie do magazynu... Tylko ostrożnie" - powiedział, wskazując jednocześnie jakiś budynek. "A co w nich jest?" - zapytał jeden z grupy. "A to już nie wasze zmartwienie. Zamiast o tym myśleć to bierzcie się do roboty!"


Niechętnie ruszyliśmy w kierunku pojazdu. Kiedy znaleźliśmy się przy pace, nikt nie chciał się pofatygować, by na nią wskoczyć. Po chwili podszedł do nas jeden ze strażników i powiedział: "Ty, grubas, właź kurwa do góry... Ale już!" W odpowiedzi, ten się spojrzał na niego z zakłopotaniem i - choć nie wydawało się to możliwe - był po chwili jeszcze bardziej spocony. Skąd on miał tyle wody w organizmie...? Z wielką trudnością wspiął się na ciężarówkę i zaczął spychać powoli skrzynię z paki. "Idioto, porąbało cię?! Chcesz to zrzucać z takiej wysokości??? Nie wiadomo, co tam w środku jest. Może jakieś pojemniki z gazem??? Pomyślałeś w ogóle o tym, czy zamiast mózgu masz kiełbasę???" - powiedział jeden z kolesiów. "Dobra. Zamknij już ryja i mu pomóż..." - uzyskał w odpowiedzi od kolejnej "kulturalnej" osoby. W ten sposób zaczęła się mała współpraca. Kto by pomyślał, że jest to możliwe w takich warunkach? Grubas wysuwał drewniane skrzynie a dwie osoby ją przenosiły do magazynu. W tym przypadku cały ciężar spoczywał praktycznie na mnie, bo pomagał mi jakiś chudzielec. Inaczej mówiąc, skrzynie nie były aż takie ciężkie. Nadmierne zmęczenie towarzysza zapobiegło potencjalnej rozmowie i kto wie, czy to nie uratowało mnie przed śmiercią z nudów przy wysłuchiwaniu narzekań i majaczeń tego frajera. Po trzech kursach ciężarówka była już prawie pusta. W środku zostały chyba jeszcze ze dwie skrzynie. Wracaliśmy z magazynu po ostatnią, gdy usłyszeliśmy huk. Te trzy ciamajdy upuściły jedną ze skrzyń a ta się otworzyła. Po chwili spostrzegłem, że w środku, w jakiejś ściółce, są granaty... Uff... Dobrze, że nie... Nagle oślepiający błysk i potężny huk rozszedł się po okolicy. Tył ciężarówki podrzuciło do góry, a dwie ludzkie sylwetki przeleciały kilka metrów nad ziemią. Fala uderzeniowa pchnęła mnie na glebę, jednak byłem tak sparaliżowany, iż nie dość, że nie poczułem uderzenia, to niczego nie mogłem zrobić i tylko bezczynnie się patrzyłem. Pokrycie paki zajęło się ogniem. Moment po tym ciężarówka znikła w kolejnej kuli ognia i ponownie mnie ogłuszyło tak, że słyszałem tylko mocne piszczenie. Podziwiałem piękny widok płomieni trawiących pojazd, z którego zostaje tylko czarny, metalowy szkielet, posyłając smolisty, gęsty dym w bezchmurne niebo. Ten widok przerwał właśnie wybiegający z płomieni i strasznie wrzeszczący "mnich", mający na sobie płonące ubranie. Daleko nie dobiegł, bo padł po kilku metrach, a ogień nadal pochłaniał jego ciało. Spojrzałem na strażników, stojących przy bramie. Ich po prostu zatkało i nie przyszło im do głowy, aby pomóc palącemu się człowiekowi. Po chwili doszedł do mnie smród spalenizny z palących się zwłok. Podniosłem się. Z jednego z budynków wybiegł jakiś starszy facet i zaczął wrzeszczeć:


Starszy mężczyzna: - Co za idioci! Wiedziałem, że nawet tak prostą czynność spartolą. To był zły pomysł, żeby ich używać do tego celu... Już nigdy się nie zgodzę na branie zakładników. Chyba, że na sprzedaż, albo do nakarmienia nimi psów. - "Kapral" podszedł do niego i zaczął bronić swojej racji.

Kapral: - Niech pan nie pozwoli, by ten pojedynczy incydent zniechęcił nas do brania taniej siły roboczej! Inne grupy też tak robią i dzięki temu ich bazy są szybko rozbudowywane i umacniane. I w cale nie dla tego, że mają tam specjalistów!

Starszy mężczyzna: - Co ty pieprzysz?! Nie widzisz, co się teraz dzieje? Wiesz, co nas teraz czeka???!!! Właśnie rozwaliliśmy transport "mnichów" i nie ma sposobu, by wytłumaczyć teraz, że to był wypadek! Oni tu przyjadą... I... I lepiej wymyśl, co teraz mamy zrobić...


Powiedziawszy to dowódca odszedł wkurzony z powrotem do budynku. "Kapral" zrobił głupią minę, bo najwidoczniej zrozumiał powagę sytuacji. Z kolei dla mnie to dobra sytuacja na ucieczkę. Jeżeli dojdzie do walki, to może się uda jakoś wymknąć w tym całym zamieszaniu. Mam tylko nadzieję, że nie skończy się to tak, jak ostatnim razem. Czarny "ekran" i... takie tam... Po chwili, strażnicy przypomnieli sobie o nas... dwóch. Bo reszta ich "siły roboczej" leżała zwęglona gdzieś w okolicy. Świetnie... Teraz, jak dochodzi do tych napięć, to do znęcania się mają tylko nas dwóch... Jeden ze strażników podszedł z dwoma łopatami i powiedział: "No to zmiana planów. Bierzecie to i wykopujecie za bazą duży dół. Chodźcie za mną, to pokażę wam gdzie." Wyszliśmy kilkadziesiąt metrów poza teren obozu i facet wskazał nam miejsce do kopania, rysując wymiary dołu na piachu. "Ma być głęboki na półtora metra. A teraz do roboty!" Zaczęliśmy pracę. Kopanie szło dosyć ciężko. Mimo tego, że z wierzchu był piasek, to pod spodem zalegała twarda skorupa gliny. Trochę zajmie, zanim uda się to wykopać - pomyślałem. Mam nadzieję, że ten rów nie jest dla nas...


W trakcie roboty zacząłem rozmowę z towarzyszem - tym samym, z którym nosiłem skrzynie. Dowiedziałem się parę interesujących rzeczy. Został schwytany, gdy podróżował samemu przez pustkowie. Wyruszył z jednej osady do drugiej. Powiedział nawet, że jak będę szedł prosto w tym samym kierunku, co teraz jest do nas brama to powinienem dojść do tamtej miejscowości. Ta jest oddalona o jakieś siedem godzin marszu. Podziwiam jego zmysł orientacji. Ponoć tam ludzie są neutralni do obcych i jeżeli nie będę na siebie zwracał szczególnej uwagi (zwłaszcza w negatywny sposób) nic mi nie grozi. Po dłuższym czasie, gdy słońce zaczęło chować się za horyzontem, dół był już skończony. Niestety, mocno mnie ten wysiłek zmęczył i odwodnił. Co gorsze, podszedł do nas strażnik i powiedział, że mamy wrzucić tam wszystkie trupy. Był rozdrażniony, więc nie można nawet było próbować odmówić. Tak więc kolejne minuty mijały, a ja ciągnąłem cuchnące, zwęglone zwłoki i wrzucałem do dołu. Na koniec pozostało "tylko" zakopać rów. Byłem na tyle zmęczony, że robiłem to już jak maszyna. Odruchowo machałem i zasypywałem piachem trupy. Trudno powiedzieć, że czynność była nudna. Co mieli powiedzieć dwaj strażnicy, którzy cały czas nad nami czuwali? Cholera... Co ja w ogóle gadam?! Współczuję tym draniom, którzy mnie tu trzymają wbrew mojej woli???!!!


Wróciłem w eskorcie do swojej celi. Tutaj przynajmniej było chłodno i wilgotno. Zastanawiałem się teraz, czy szef tej całej bandy nie każe nas rozstrzelać, bo mówił coś o tym, by nie brać już jeńców żywcem. W końcu wykonaliśmy swoją robotę i chyba jesteśmy im już niepotrzebni...


POPRZEDNIA

( 1) 2. Błysk

NASTĘPNA